Przez skaliste i piaszczyste wybrzeża, jeziora, góry i małe miasteczka // Kantabria

Nie dla nas plany, nie dla nas sztywne zasady i główne drogi – to wiem. Idealnie nam się jeździ palcem po mapie i może to mało rozsądne i nieprzemyślane, ale za to ciekawe i bynajmniej nie nudne. Może to więcej kilometrów i czasu więcej, ale też więcej przygód. Ja czuję się podczas naszych podróży jak małe dziecko, a odkąd jeździ z nami Wiki, to wrażenie się spotęgowało. Ten mały człowiek uczy nas przeżywania życia na nowo. Uczy nas dystansu do siebie, do otoczenia.

Myślałam, że będzie inaczej, że będzie trudno, że się nie da, że mało miejsca w busie i to wszystko prawda. Nie myślałam za to, że to będzie taka wspaniała podróż, że nawet sprzeczki sprawią, że poznamy się lepiej i pokochamy to nasze życie bardziej, mocniej, prawdziwie i szczerze. Nie myślałam, że zobaczę tyle uśmiechu na buzi naszej córeczki i to codziennie – dzień w dzień! Co lepsze?! Ona sprawia, że wszyscy, nawet nieznajomi zaczynają się uśmiechać!

Na początku nic nie było łatwe, nawet jazda samochodem okazała się nie lada wyzwaniem, bo Wiki za długo w pozycji siedzącej jechać nie chciała. Z czasem jednak udało nam się na tyle zgrać, że wiedzieliśmy, kiedy jest odpowiedni moment, aby zmienić lokalizację. Wiemy ile kilometrów dziennie możemy pokonać bez płaczu i marudzenia. Doszliśmy do takiej wprawy, że każdą noc spędzamy w innym miejscu. Każda noc – to piękne widoki i zachody słońca widziane z innej perspektywy. Każdy kolejny dzień utwierdza nas w przekonaniu, że wspólna podróż to najlepsze, co można zrobić, aby się lepiej poznać.

Po zwiedzaniu Bilbao chcieliśmy pojeździć trochę po hiszpańskim, północnym wybrzeżu, bo jest wyjątkowo piękne i różnorodne przede wszystkim. Pierwszy nocleg, zaraz za miastem, był nad wyraz urokliwy. Parę zakrętów i kilka pagórków dalej, znaleźliśmy się na wysokim klifie, gdzie zaraz za zakazem kampowania, na małej polance, stało parę busików. Właśnie tam, w otoczeniu skubiących trawę koników, postanowiliśmy zostać na noc.

Miejsce okazało się idealne na nocleg, ale i na poranny spacer. Wokół okolicznych, malowniczych, stromych zboczy ciągnie się ścieżka (drewniana kładka), którą można swobodnie przejść. Wzdłuż niej trawę pożerały kozy, które zawadiacko spoglądały na Kanziutka (to nasz pies – jeśli ktoś jeszcze się nie zorientował).

Kolejnym przystankiem, ale już na Wybrzeżu Kantabryjskim były okolice Noja, a dokładniej szeroka, piaszczysta plaża obok miasta. Miejsce wyjątkowe, bo przywodzi na myśl azjatyckie krajobrazy – drobny piasek, błękitne morze, a w tle wysokie wzgórza pokryte gęstą, zieloną roślinnością. Gdzieniegdzie z piasku wystawały, srogo wyglądające, czarne skałki. Wielbiciele noclegów “na dziko” bez problemu znajdą w tych okolicach dogodny kącik na przycupnięcie samochodem, gdzieś przy samej plaży.

Ciekawy okazał się też Park Naturalny De Las Dunas De Liencres. Jest to Park krajobrazowy w Kantabrii, gdzie swoje ujście ma rzeka Pas. Do parku krajobrazowego należy Wybrzeże Costa Quebrada i ruchome wydmy. Warto pokręcić się w tej okolicy.

Ostatecznie dotarliśmy do Playa De Los Caballos i tam postanowiliśmy spędzić ostatnią noc na Wybrzeżu Kantabrii. Piękny klif, szeroka, piaszczysta plaża i cudowny zachód słońca, zero zakazów, nakazów i turystów.

Po długim pobycie nad morzem, postanowiliśmy wjechać w głąb kraju i tym samym zmienić nieco otoczenie. Trafiliśmy do miasteczka Santillana del Mar – idealne miejsce na spacer i poranną kawę. Miasteczko jest bardzo malutkie i ma bardzo ładną starówkę. Kamienne domki giną w kwiatach i zielonych winoroślach. Wąskie, brukowane uliczki mają swoisty urok. Najważniejszym zabytkiem jest romański kościół z XII w – Colegiata de Santa Juliana. Pomimo, że zwiedzaliśmy miasteczko po sezonie, było sporo turystów, a w ciasnych uliczkach tłum był uciążliwy. Było niemiłosiernie gorąco, Wiki rósł kolejny ząb, a Kenzo co chwila zatrzymywał się, aby pozbyć się z żołądka jakiegoś nielegalnie zdobytego posiłku. Pomijając to wszystko – spacer był udany.

Następnym celem było Picos de Europa, a to dlatego, że stęskniliśmy się za górami. Ja góry uwielbiam, Michał też je trochę lubi, więc uznaliśmy, że to całkiem fajny kierunek. Zanim tam dotarliśmy, podjechaliśmy nad jezioro – Tama Embalse del Ebro. No cóż… Do naszych Mazurskich to ono się nie umywa, ale ciekawie było. I much dużo było, i kup końskich sporo, i krowich też niemało, zdechła rybka sobie leżała w okolicy. W sumie całkiem miło i sympatycznie tam było. Zawsze to jakaś odmiana, bo przecież nie wszędzie musi być pięknie. Może być na przykład – osobliwie (lubię to słowo) i tak właśnie było.

Co się okazało? Ku uciesze Michała, jezioro było idealne do pływania na kajcie. Szybko wskoczył w “wodne odzienie”, napompował latawiec i pobiegł do wody. Parę halsów i wiatr “siadł”. Nic takiego się nie stało. Czasami tak bywa. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że jezioro było dość spore, a Michał z latawcem znalazł się po drugiej stronie.

Na szczęście został dowieziony białym furgonem do naszego samochodu przez lekko podstarzałego Hiszpana z dwoma psami. Podczas tej drogi zdążył się dowiedzieć, że ma do czynienia z niepijącym veganem, że krowy wypijają 120 litrów wody dziennie i że w białym domku, niedaleko jeziora, pieką najlepszy chleb w okolicy. Ja w tym czasie zrobiłam pobieżnie pranie i wygoniłam z samochodu wszystkie muchy, które zdążyły założyć w samochodzie kolonię.

No Comments

Post A Comment