Zimowy roadtrip po Bieszczadach

Czy już wspominałam o tym, że kocham góry? No więc tak, bardzo je lubię. Wydaje mi się, że moją miłość do gór zaszczepił mi tata, z którym przedreptałam nie jedną górską ścieżkę, jako mała dziewczynka. Żebym nie została źle zrozumiana, nie jestem jakimś wielkim górołazem, grotołazem i wspinaczem. Ja po prostu je lubię, ale dużo jeszcze przede mną i zapewne wiele pozostanie w związku z tym w sferze marzeń. Grunt, że (na równi z oceanem) zajmują w moim sercu szczególne miejsce.

Bieszczady wszystkim kojarzą się raczej z wiosną, jesienią, no może latem, ale z zimą chyba rzadko. Zimą jeździ się na narty w Alpy, albo do Zakopanego. Nic bardziej mylnego! Zima – to dobry moment na te rejony! Nie ma kolejek, nie ma tłumów, biletów i opłat. Za to są cudowne krajobrazy, wyjątkowo biały śnieg, który chrupie pod nogami i od którego uginają się drzewa. Poranki są rześkie, powietrze przejrzyste, a ludzie gościnni i mili.

Na wdechu, z drobnymi przystankami, dotarliśmy z Warszawy w okolice Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej, która z kolei zawiodła nas do Lutowisk. Co ciekawe, jest to najmniej zaludniona część Polski. Swojego czasu Lutowiska (wieś, osadę) zamieszkiwała bardzo liczna społeczność żydowska. Samo miasteczko nie wyróżnia się niczym ciekawym. Warto zajrzeć na pobliski żydowski kirkut, gdzie znajduje się ogromna ilość macew z przeróżnymi motywami. Cmentarz stwarza posępne wrażenie, ale powykrzywiane nagrobki, pozarastane drzewami i poukrywane pod śniegiem skrywają bogatą historię tych okolic. Warto poświęcić trochę czasu i sobie ją przybliżyć. Bardzo polecam ciekawą stronę: http://www.naszebieszczady.com. Na niej znajdziecie sporo ciekawych informacji i miejsc, które warto odwiedzić, będąc w Bieszczadach.

Do Lutowisk trafiliśmy na międzynarodowe zawody psich zaprzęgów i muszę przyznać, że mnie zaciekawiły. Może nie były zorganizowane z jakimś wielkim rozmachem, ale dały nam szansę przyjrzeć się, z jakim entuzjazmem same psy biorą w nich udział.

Jednym z miejsc, które warto odwiedzić w Bieszczadach to cerkiew w Smolniku nad Sanem. Stoi samotnie na wzgórzu, zagubiona pośród bezkresów bieszczadzkich. Prosi wędrowców o chwilę refleksji, bo w końcu była świadkiem burzliwych wydarzeń Smolnika i niedalekiej Procisnej. Fajnie sobie zrobić spacer po okolicy, bo jest bardzo urokliwa. Nam zajął sporo czasu, bo nasza Wiki z wielką, niepohamowaną radością tarzała się co chwilę w śniegu, zawracała, siadała. Ogólnie rzecz ujmując, nasza córka dbała, aby spacery i trekkingi nudne nie były.

Jeden z noclegów spędziliśmy w Mucznem i tam zaliczyliśmy spotkanie ze stadem żubrów, bo to właśnie w tej okolicy jest ich zagroda tak zwana pokazowa. Następnie kierowaliśmy się do granicy ukraińskiej. Droga stawała się coraz trudniejsza do przejechania i zupełnie nie odśnieżona. Z każdym kilometrem było coraz mniej samochodów i coraz mniej śmiałków zmierzających w te okolice, ale za to krajobrazy stawały się piękniejsze! Po drodze odkręcał nam się jeden przegub, wpadający w wibracje od wyboistej drogi i Michał musiał go dokręcać co chwilę, bo uderzał w podwozie. W końcu udało nam się dotrzeć do miejsca, które polecam z całego serca.

Z drogi zauważyliśmy sporą stadninę koni i od razu skręciliśmy, żeby chwilę w niej odsapnąć po naprawach. Już z progu drewnianego budynku uśmiechały się do nas dwie postacie. To był Wasyl z tatą, którzy opiekują się obecnie Stanicą Konia Huculskiego w Tarnawie Niżnej. Z wielką przyjemnością oprowadzili nas po całym końskim siedlisku, zrobili nam ciepłą kawę i zaprosili do skromnej kanciapki w stajni, gdzie opowiedzieli nam swoja historię. Byli bardzo zadowoleni z naszych odwiedzin, bo – jak sami nam powiedzieli – mało ludzi trafia do nich zimą. To spotkanie dało nam wiele do myślenia. Oni byli tacy skromni i tacy uśmiechnięci, a wszystko u nich w życiu jest w dużej mierze dziełem przypadku, a na pewno fakt, że zajmują się końmi w Bieszczadach. Cała historia Wasyla i jego taty, a zwłaszcza Wasyla, okraszona była romantyczną miłością.

Oprócz koni huculskich były tam też konie gorącokrwiste, kozy, owczarek kaukaski i pies przybłęda. Organizowane są tam wycieczki w siodle po okolicy, kuligi, ski-skiring za koniem i inne atrakcje. Czuć, że zwierzęta traktowane są z miłością i troską. To miejsce ma duszę, a zimą sprawiało wrażenie totalnie odciętego od świata.

Na tym terenie działa Fundacja Hucuły Dzieciom, która organizuje zajęcia hipoterapii, wspiera rehabilitację osób niepełnosprawnych i nie tylko. Bardzo polecam to miejsce. Sami chyba tam jeszcze nie raz zawitamy.

Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy dalej, w kierunku Bukowca. Dotarliśmy do miejsca, gdzie psy szczekają tylną częścią ciała i spotkaliśmy jedynie solidnych drwali wyposażonych w solidne traktory z łańcuchami na olbrzymich kołach. Ja powiedziałam: “STOP!” Michał chciał jechać dalej, ale ja przerażona wizją całonocnego odkopywania samochodu spod śniegu, stanowczo zaprotestowałam. Wzięliśmy sanki i poszliśmy na spacer. Było zjawiskowo!

Zmieniliśmy kierunek i dalej droga wiodła nas przez Wołosate i trafiliśmy do miejscowości Nasiczne, gdzie udało nam się zrobić ognisko (jest super parking z paleniskiem, drewnem i patykami na kiełbasy) i skąd rano ruszyliśmy na szlak. Akurat była bardzo fotogeniczna mgła, więc po wejściu nie było nic widać, a zimno było tak przejmujące, że musieliśmy szybko zejść na dół i rozgrzać się w samochodzie ciepłą herbatą.

Kolejną noc spędziliśmy na parkingu przy Przełęczy Wyżna, gdzie żółtym szlakiem można wejść do Chatki Puchatka. To niesamowite miejsce, ale jednocześnie bardzo popularne, więc pobrali od nas 20 złotych za parking, ale to jedyny taki incydent, gdzie musieliśmy w ogóle płacić.

Nie muszę chyba opisywać, jak wyglądała droga na szczyt. Ośnieżone drzewa, błękitne niebo, trzeszczący pod nogami śnieg. Bajka!

Po raz kolejny wskoczyliśmy na Wielką Pętlę Bieszczadzką i dojechaliśmy do Wetliny. Po zakupach w jedynym sklepie w okolicy, gdzie kłębiły się wszystkie okoliczne osobistości z trunkami w dłoniach, pojechaliśmy na poszukiwanie gazu. Michał jakoś zapomniał mi wspomnieć, że chyba się kończy. Gazu nie znaleźliśmy, więc czekała nas trudna noc. I tu pomocne okazało się webasto (stare ogrzewanie, którego na szczęście nie wymontowaliśmy), którym udało nam się nagrzać samochód.

Gaz znaleźliśmy kolejnego dnia w Cisnej, zaraz na wjeździe, na stacji benzynowej. Odwiedziliśmy przy okazji chyba najbardziej kultową knajpę w całych Bieszczadach: SIEKIEREZADĘ. Wyróżnia się wystrojem, bo wypełniona jest po brzegi bieszczadzkimi diabłami. Gdzieniegdzie wiszą toporki, grafiki, a wszystko to są dzieła okolicznych artystów. Odbywają się w niej koncerty, imprezy cykliczne, a i jedzenie jest całkiem niezłe. Warto zajrzeć po drodze, bo jest dość osobliwa.

Podczas bieszczadzkich wojaży odwiedziliśmy też okolice miejscowości Roztoki Górne. Obecnie znajduje się tam raptem parę zabudowań. Niegdyś była to wieś bojkowska, a Przełęcz nad Roztokami była tzw. Bramą Ruską (prowadził tędy szlak handlowy na Węgry). Zimą to spokojna dolinka pozbawiona żywego ducha. Miałam wrażenie, że oprócz nas nie ma tam nikogo. To chyba nie było wrażenie, tam po prostu nikogo nie było.

Na pożegnanie przejechaliśmy drogę wzdłuż Solinki, gdzie usiłowaliśmy przejść jeden z graniczących ze Słowacją szlaków, ale z racji tego, że nikt tam nie dociera zimą, był kompletnie zasypany i trudno było nam odnaleźć oznaczenia na drzewach. Przeszliśmy, więc fragment, ale tyle nam wystarczyło, aby zachwycić się i tą okolicą. Tu pożegnaliśmy się z Bieszczadami.

Na koniec postanowiliśmy zajrzeć do Krynicy Zdrój. Po drodze znowu odkręcił nam się przegub i okazało się, że śruby są za krótkie. Stanęliśmy na poboczu i nie minęło 15 minut, jak zatrzymał się koło nas busik T4. To jest fajne, że posiadacze VW to jest specyficzna społeczność. Potrafią się wspierać, gdziekolwiek są na świecie. Okazało się, że jego właściciel jest również posiadaczem okolicznego warsztatu. Wziął nas do siebie i pomógł, nie oczekując niczego w zamian. Wieeeelkie podziekowania!!!

Dotarliśmy do Krynicy, gdzie Michał pojeździł na snowboardzie, a ja przez pół dnia patrzyłam jak Wiki turla się z górki.

Karnet całodniowy na kolejkę gondolową: Jaworzyna Krynicka kosztował 90 zł, a trasa była pusta, fajnie naśnieżona i bardzo przyjemnie się jeździło. Minusem były okoliczne knajpy, w których jedzenie jest okropne, więc jeśli ktoś chce tam spędzić więcej czasu, to niech lepiej przygotuje sobie prowiant, bo do centrum miasteczka jest spory kawałek drogi.

No Comments

Post A Comment