San Sebastian ma to „coś” // Kraj Basków

Czasem trafiasz w miejsce, gdzie od razu czujesz się, jak u siebie w domu. Niby nic specjalnego, ale wszystko jest tak ,jak być powinno. Czujesz się tak, jakbyś tu już kiedyś był.

Wysiadasz z samochodu, zamykasz drzwi i kroczysz po chodniku jakby nigdy nic. Idziesz przed siebie, a ludzie się uśmiechają, kiwają głowami na twój widok i wykrzykują radosne: Hola! Co i rusz mijasz kogoś z deską surfingową pod pachą. Słońce ma wyjątkowo pomarańczowy kolor, a twoją twarz smaga przyjemny nadmorski wietrzyk.

Taki okazał się San Sebastian, a właściwie Donostia, bo tak nazywa się on w języku Basków. Jest to miasto zaraz za francuską granicą w prowincji Gipuzkoa.

Bałam się tego miasta, bo nie znam osoby, która się nim nie zachwyciła. W przewodnikach opisywane jest jako “perła północy” i jedno z najpiękniejszych miast w Hiszpanii. Pomyślałam, że przez to zabraknie w nim autentyczności i duszy. A jednak!

To niesamowite miejsce. Miasto, w którym jest wszystko: góry, ocean, plaże, surfing, no i wspaniałe jedzenie.

San Sebastian to spacery o poranku po wyludnionych plażach i wąskich uliczkach Parte Vieja, piękne kamienice z ażurowymi balkonami. To czekający na fale surferzy, to uśmiechnięci ludzie, to pintxos (baskijskie tapasy) chwytane po drodze, to tu, to tam. Wreszcie – to piękny zachód słońca przy plaży Zurriola i widok na kołyszących się na spokojnym oceanie, odpoczywających łapaczy fali. Klimat i atmosfera tego miasta jest niepowtarzalna.

To miasto przyjazne dla wszystkich – małych i dużych, leniwych i pracowitych, lubiących sporty i tych co lubią pojeść. Plac zabaw, tor do jazdy na rolkach i deskorolkach – wszystko jest w zasięgu ręki.

Donostia posiada trzy plaże: surferską – Zurriola, La Concha – z białą, stylową barierką, gdzie toczy się popołudniowe życie i Le Ondarreta – niewielką i kameralną (w jej okolicy znajdziemy kompozycję rzeźb o nazwie Peine del Viento – grzebień wiatru. Wszystkie trzy plaże są nieco zatłoczone. To zupełnie nie przeszkadza, bo są tak szerokie, że spokojnie można znaleźć sobie miejsce na ręcznik i obserwować sąsiednie ręczniki, a właściwie ich właścicieli.

Zaparkowaliśmy oczywiście przy plaży Zurriola i od razu zorientowaliśmy się, że nie tylko my zamierzamy tu nocować. Na parkingu stało sporo busów, a niektóre z nich wyglądały na dobrze zadomowione – miały pozasłaniane okna, porozwieszane pianki po pływaniu na desce surfungowej. W okolicy był też parkometr, ale postanowiliśmy go olać.

Plaża surferów jest bardzo szeroka. W jej okolicy jest mnóstwo szkółek, prysznic, toalety i  beach bar. Okala ją murek, na którym wieczorem zbierają się ludzie, aby pogawędzić przy zachodzie słońca. Największym problemem był dla nas zakaz wchodzenia z psem na plażę, więc Kenzo mógł liczyć jedynie na miejski spacer.

Cały dzień spędziliśmy na leniwym włóczeniu się po mieście, obserwując jego mieszkańców. Ulice są pełne ulicznych grajków, śpiewaków, tancerzy. Za każdym rogiem coś się dzieje. Warto zajrzeć na Plac Konstytucji, gdzie kiedyś odbywały się walki byków i spojrzeć w górę, aby ujrzeć ponumerowane balkony. Mieszkańcy tego placu kiedyś zarabiali, podnajmując je zainteresowanym walkami zapaleńcom. Przechadzając się po uliczkach natkniemy się na dwa kościoły – Santa Maria i San Vincente. Miasto w dużej części zostało odbudowane z inicjatywy mieszkańców, po splądrowaniu go i ograbieniu przez hiszpańskie siły zbrojne, więc zabytków nie posiada zbyt wielu. Przy plaży znajduje się Palacio del Mar de Donostia – San Sebastián.

Wieczorem wsadziliśmy Wiki w nosidło (to nasz codzienny, wieczorny rytuał) i ruszyliśmy na rajd “de pinxtos”. Na czym to polega? Wchodzisz do baru, prosisz o talerz, nakładasz co chcesz i płacisz. Proste. Popijasz delikatnie kwaskowatym sidre, albo czym tam chcesz i dalej do kolejnego baru.

Kolejny dzień zaczęliśmy znowu od rajdu “de pinxtos”, ale trzeba pamiętać, że te słynne tapasy najlepiej pochłaniać wieczorową porą. Są wtedy starannie przygotowane i świeże.

Wracając, przeszliśmy się kolejny raz brzegiem plaży Zurriola, a ja zobaczyłam z oddali holownik i krzyknęłam do Michała: – O nie! – on wytężył wzrok i też krzyknął – O nie! – I popędził w kierunku samochodu.

Tym sposobem mamy pamiątkowy mandat z San Sebastian za nieopłacony parkometr.

2 komentarze
  • Kasia
    Posted at 21:41h, 25 września Odpowiedz

    Wow piękne zdjęcia! U nas na blogu dosłownie wczoraj też wylądował post z pintxosami 😉 Pozdrawiamy! Kasia i Paweł z TheyAway.pl

    • jedzmy
      Posted at 13:53h, 18 października Odpowiedz

      Pozdrawiam 🙂

Post A Comment