Fajne miasto // Valladolid i okolice

Czas nieubłaganie mijał i stwierdziliśmy, że musimy opuścić wybrzeże i zobaczyć jak wygląda środek Jukatanu. Zrezygnowaliśmy z dalszego wylegiwania się na plaży na rzecz dalszych przygód. Pożegnaliśmy wybrzeże przy Tulum o wschodzie słońca, gdzie spotkaliśmy zagubionego żółwia, o którym pisałam w poprzednim poście i ruszyliśmy dalej.

Dalej, to znaczy do Valladolid – miasteczka oddalonego jakieś dwie godziny drogi autobusem od Tulum. Dlaczego akurat tam? W Meksyku za punkt honoru obraliśmy sobie (jak już wspominałam nie raz) obejrzenie jak największej ilości cenot (tak, tak znowu), ponieważ jest to chyba jedna z największych atrakcji przyrodniczych środkowej Ameryki. Valladolid i jego okolice to kolejna gratka dla “łowców cenot”.

Po przybyciu do miasteczka, kupiliśmy od razu bilety do Meridy, zostawiliśmy bagaż w przechowalni na dworcu i wyruszyliśmy zwiedzać cenoty. Odwiedziliśmy dwie z nich: Dzitnup i  Samula (120 pessos za dwie cenoty, za osobę). Do tego musieliśmy doliczyć dojazd taksówką za 40 pessos, aby nie tracić czasu na szukanie drogi do celu. Taksówkarz wcisnął nas do samochodu z dwoma dziadkami, którzy radośnie gadali coś do nas po swojemu i rozumieliśmy z tego co piąte słowo. Koniec końców przejechali się tą taksówką na nasz koszt. No cóż – MEKSYK. Cenoty były po brzegi wypchane turystami, a co gorsze mieli na sobie pomarańczowe kamizelki ratunkowe, które nijak nie chciały wkomponować się w nasze zdjęcia i trzeba było się nieźle gimnastykować, żeby nie wlazły nam w kadr. Nie wiedzieć czemu Dzitnup była o wiele bardziej popularna wśród tych kamizelkowatych. Michał zepsuł mi dodatkowo odbiór, wrażenie (zwał jak zwał), zwracając uwagę na nietoperze, wiszące na sklepieniach tychże jaskiń i opróżniające  się w najlepsze do tej, pięknej krystalicznej wody, w której wszyscy się kąpali. Uczucia mam mieszane, co do odwiedzin tych dwóch cenot – warto, ale niekoniecznie. Ja od tego momentu wolę te bardziej odsłonięte, a nie podziemne, gdzie wiszą nietoperze i srają z sufitów (nie bójmy się szczerości). Zapewne zmienię zdanie, jak zrobimy kurs nurkowania i będę miała na sobie piankę.

Parę słów o samym miastaczku Valladolid

Miasto fajne – to na pewno. Zbudowano je na zgliszczach majańskiego miasta Zaci. Majańskie budowle zostały rozebrane i posłużyły jako budulec do wzniesienia kolonialnych budynków w nowym mieście, co w Meksyku wyjątkowe nie jest. Miasto niegdyś było targane licznymi zamieszkami i wojnami kast, teraz wydaje się być wręcz magiczne i nieco senne. Obdrapane, kolorowe domki, wysokie krawężniki, ciekawe motywy w postaci nieco zużytych pickupów i odpadających tynków oraz ręcznie kreślonych i malowanych szyldów sprawiają, że momentami czuliśmy się jak na Kubie. Nalepiej powłóczyć się bez celu po jego uliczkach i cieszyć się z unoszących się w powietrzu zapachów palonej kawy i czekolady. Zabytków jako takich w Valladolid jest niewiele. Są to głównie kościoły m.in. katedra San Servicio i kościół San Bernardino de Siena.

Po krótkiej przechadzce i posileniu się w średniej jakości, małej restauracyjce (stoły i krzesła firmowane coca – colą, nakryte lepiącymi się ceratami – standart)  mieszczącej się niedaleko dworca, wsiedliśmy w autobus jadący do Meridy.

Na miejsce dojechaliśmy bardzo późno, więc głównym celem dla nas stało się znalezienie hostelu. Prawda jest taka, że po pewnym czasie podróżowania z plecakiem, człowiek się ośmiela i szukanie noclegu nie stanowi problemu. Podstawową zasadą w znajdowaniu hosteli w większych miastach była dla nas znajomość języka angielskiego wśród obsługi. Kierując się tą zasadą, pierwszy hostel bez klamek, a w niektórych pokojach również bez drzwi, gdzie koleś nie potrafił nam powiedzieć jak to możliwe, że każdy z ulicy może wejść do środka i wyjść, został skreślony zanim w ogóle został wzięty pod uwagę. Ostatecznie zatrzymaliśmy się w Hostel Nomadas, w którym był nawet basen. Ze względu na chrapanie niektórych osobników, trzeszczące drzwi i w kółko krzątających się lokatorów pokoju zbiorczego, przy niewielkiej dopłacie zdecydowaliśmy się na privet room. Tym sposobem, jedyną niedogodnością był dźwięk dwóch, ogromnych wiatraków, szumiących niczym śmigło samolotowe. Zobacz więcej zdjęć…

No Comments

Post A Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.