Wodospad Chiflon i jeziora Montobello

Skrzydła anioła, czyli wodospad El Chiflon i jeziora Montebello to pewniaki. Warto tam dotrzeć, ale tylko na własną rękę, jeśli to możliwe.

Czwartego dnia w San Cristobal spakowaliśmy się i wymeldowaliśmy z hostelu. Kupiliśmy bilet do miasta Palenque na późny wieczór, aby ruszyć w dalszą podróż i zobaczyć jedne z bardziej malowniczych ruin w Meksyku. Zanim jednak zaczęliśmy realizację naszego dalszego planu, postanowiliśmy zobaczyć wodospad Chiflon i rezerwat blisko granicy z Gwatemalą – Montobello. Zostawiliśmy plecaki w hostelu i busikami zarezerwowanymi z pobliskiego biura podróży ruszyliśmy, aby podziwiać wcześniej nieplanowane miejsca.

El Chiflon

Droga do wodospadu Chiflon jest super i warto w trakcie jazdy autobusem przykleić nos do szyby. Mija się małe wioski, piękne pejzaże w sam raz na niejeden obraz. Sam wodospad znajduje się w środku dżungli. Droga do punktu kulminacyjnego prowadzi chodniczkoschodkami wzdłuż rzeki i jest dość wyczerpująca. Jeśli jednak trafi się na dwóch australijczyków, którzy rozbawiają towarzystwo i przekupują starszyznę, żeby tylko zobaczyć jak huśta się na wszędobylskich linkach do zjazdów tyrolskich, jest wesoło.

Wspinaczka po schodkach nagrodzona została spektakularnym widokiem, ale trzeba być przygotowanym na chłodny prysznic, który w meksykańskich temperaturach jest jednak wybawieniem. Wodospad nie szczędzi wody i opryskuje wszystkich chcących znaleźć się jak najbliżej.

W drodze powrotnej można zafundować sobie zjazd tyrolski na sam dół, ale za tą przyjemność trzeba zapłacić 200 pessos, więc my sobie darowaliśmy. Zobacz więcej zdjęć.

Lagos de Montobello

Park Montobello leży na granicy z Gwatemalą. Droga wiedzie przez małe, zapomniane wsie i gęste lasy. Bardzo żałowaliśmy, że nie dotarliśmy tu sami, bo miejsce wydawało się warte spenetrowania. Pierwszy przystanek biuro zafundowało nam przy tratwach, które przeprawiały się na wyspę mieszczącą się na środku jeziora, gdzie z daleka było widać, że nie ma gdzie stopy postawić. Potem wsadzili nas znowu w autobus i przewieźli w miejsce, gdzie z kolei nie było co robić poza wypłynięciem tratwą na środek jeziora, a że my nie chcieliśmy, to musieliśmy siedzieć godzinę na zakręcie ulicy i czekać aż towarzystwo wróci. Na szczęście mieliśmy całkiem ładny widok na dwa błękitne jeziora i plantacje kawy.

Każdy kto opisuje Montobello wspomina o podobieństwie do naszych mazurskich jezior. Nie jestem pewna czy to jest trafne porównanie. Niewątpliwie miejsce jest piękne i warte tak dalekiej drogi, ale my polecamy zorganizowanie sobie transportu tam na własną rękę. W przeciwym wypadku cały urok pryska i nie ma czasu na podziwianie tego co stworzyła w tym niesamowitym miejscu natura.

Na marginesie wspomnę o paru niedogodnościach, przez które wyprawa straciła wiele ze swojego uroku. Jeśli kiedykolwiek, ktokolwiek będzie chciał zwiedzać tytułowe miejsca, to jest opcja na ewentualne wypożyczenie samochodu, zwłaszcza jeśli chce się zwiedzić okolice Montebello. Nasz busik turystyczny miał nadmiar siedzeń moim zdaniem i zakładając, że jeden europejczyk to półtora meksykanina, siedzeń powinno być mniej w zamian za trochę więcej miejsca na nogi. Podkreślam, że parogodzinna droga ze zdrętwiałymi nogami do zdrowych nie należy. Drugą sprawą są przystanki w Montobello. Mieliśmy dziwne wrażenie, że przygotowane są specjalnie pod portfele i zachcianki Amerykanów. Czuliśmy się jak zwierzyna wypuszczana na żer. Każdy przystanek to stragany z podróbami meksykańskich, „tradycyjnych” wyrobów. Dodatkowo, pierwszy przystanek Montobello to rzekomo dobrowolne przepłynięcie się po jeziorze wątpliwą tratewką (oczywiście za dodatkową opłatą), a jeśli nie chcesz skorzystać to siedź na zakręcie przy ulicy, podziwiaj widoki z góry i czekaj aż reszta wróci ( tratwa płynie chyba 5km na godzinę).

Po średnio udanej wyprawie zabraliśmy plecaki z hostelu i ponieważ mieliśmy jeszcze dobre 4 godziny do autobusu, postanowiliśmy powłóczyć się jeszcze po mieście. Usiedliśmy na ławeczce na zocalo, ale że zgłodnieliśmy, weszliśmy do jednej z knajpek przy rynku i zamówiliśmy pizze oraz litrowe piwo bez gazu. Pizza od razu wydała mi się podejrzana, więc zjadłam tylko dwa kawałki. Resztę pochłonął z rozpędu Michał, a to niestety miało swoje konsekwencje następnego dnia. Po nieudanym posiłku ruszyliśmy na dworzec, poczekaliśmy jakieś dwie godziny przytulając się do plecaków w każdej możliwej pozycji chcąc chociaż na chwilkę zmróżyć oko. Tak dotrwaliśmy do przyjazdu autobusu, który zabrał nas w stronę Palenque. Zobacz więcej zdjęć.

 

No Comments

Post A Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.