Punta Allen // Prawie zapomniana wioska rybacka

Punta Allen to mała, rybacka wioska, znajdująca się na końcu półwyspu w Rezerwacie Bio-sfery Sian Ka’an. Nie jest łatwo się tam dostać, a prowadzi do niej jedna tylko droga, bardzo wyboista, ale jak to mawiają: “dla chcącego, nic trudnego”. Co z tego, że przejechanie 50 km zajęło nam jakieś 5 godzin, a tyłki bolały niemiłosiernie, a przystanki w jeździe polegały na rozklepywaniu pięściami pośladków. Nie ważne też, że prawie zabrakło nam benzyny. Tę wyprawę będziemy pamiętać po wsze czasy. W końcu czym były by podróże bez takich przygód!

To był dziwny dzień. Zaczął nam się już o jakiejś czwartej rano, kiedy to usłyszałam koszmarne marudzenie Michała, gdzieś obok, na jednym z piętrowych łóżek w hostelu Hikuri w Tulum. Najpierw, że mu gorąco, co było faktem, bo klimatyzacja działała tylko dwie godziny, jeśli się za nią nie zapłaciło. Trzeba było zatem, postarać się zasnąć w tym czasie, zanim została wyłączona, a nie daj Boże, jak się człowiek obudził, to już można było zapomnieć o śnie. W następnej kolejności usłyszałam regularne pomruki: “Nie mogę spać, nie mogę spać”, a następnie pytanie: “ Śpisz?”. No niestety już nie spałam. Dodatkowo, okazało się, że wspomniany wyżej hostel jest weekendową imprezownią i zewsząd dochodziły nas dźwięki muzyki i rozbawionej gawiedzi meksykańskiej. Nie zastanawiając się długo, z latarkami na głowach, żeby nie obudzić współlokatorów, spakowaliśmy plecaki i wynieśliśmy się z pokoju. Zamknęliśmy nasze bagaże w hostelowej szafce na kłódkę, żeby ich nie targać nigdzie ze sobą. Jedyne co nam pozostało to wsiąść na wypożyczony wczoraj skuter i pojechać na plażę przy campingu (niedaleko ruin), którą tak bardzo polubiliśmy i przespać się jeszcze chwilkę. Ułożyliśy się na piasku, ale nie przewidzieliśmy, że będzie tak wilgotno i ….chłodno. Wróciliśmy się do hostelu, spakowaliśmy śpiwory, hamaki, znowu wróciliśmy na plażę i tym razem rozwiesiliśmy sobie nasze przenośne łóżka na drewnianych słupkach, przy wejściu i przy wschodzie słońca wybłagaliśmy Morfeusza o sen. Zobacz więcej zdjęć.

Droga do Punta Allen i pierwsze chwile w wiosce

Do Punta Allen można się dostać na dwa sposoby, a przynajmniej tak nam wszyscy wmawiali. Jednym jest wykupienie bardzo drogiej wycieczki dżipem za 120 dolarów, ale to dla nas majątek. Drugim sposobem jest złapanie colectivo (busika), który odjeżdża z dworca raz dziennie o godzinie 14, a wraca o 5 rano z Punta Allen. Cena jednak nie była zachęcająca, bo coś około 300 pessos. My wymyśliliśmy, że dojedziemy tam skuterem, chociaż właściwie wszyscy pukali się w czoło, jednak z perspektywy czasu wiem, że mimo bólu pośladków to chyba najlepszy i najtańszy środek transportu, żeby się tam dostać w dwie osoby.

Droga lądowa do Punta Allen (można podobno dotrzeć tam też łódką) to szutrówka z niezliczoną ilością dziur i wybojów. Jazda po niej to, w przypadku skutera, niezły slalomo – offroad. Oprócz dziur, atrakcją były uciekające spod kół, wszędobylskie iguany i węże, bo droga prowadzi przez najprawdziwszą dżunglę, a następnie lagunę, w której żyją krokodyle. Poziom adrenaliny wzrósł u nas jednak dopiero wtedy, kiedy okazało się, że wskaźnik ilości benzyny zaczyna zbliżać się do połowy baku, a delikatnie mówiąc, jestesmy jeszcze kawałek drogi od celu. Na szczęście mieliśmy ze sobą ipada, który nawet bez internetu poradził sobie ze zlokalizowaniem naszego położenia. Okazało się, że połowa baku została nam dokładnie na połowę drogi. Postanowiliśmy więc, jechać dalej. Zrobiliśmy sobie małą przerwę na drzemkę i odpoczynek na plaży, gdzie Michał wyraźnie zainspirowany Bear’em Grills’em, zbudował nam szałasik przeciwsłoneczny do czego użył 4 belek, liści palmowych i swojego niezawodnego scyzoryka McGyver’a. Muszę przyznać, że z Michałem nie zginę nigdy i to jest fakt, że to skarb. Zobacz więcej zdjęć.

Do miasteczka dotarliśmy po ciężkich pięciu godzinach z prawie wysuszonym bakiem, więc pierwsze co zrobiliśmy, to poszukaliśmy w wiosce kogoś z zapasem benzyny, co nie było trudne, bo jeśli chodzi o zapasy to mają tu chyba zapasy wszystkiego. Wioska jest zupełnie oderwana od świata, drogi są piaskowe, a w powietrzu czuć jakiś taki dziwny luz. Zasilana jest dwoma agregatami, dlatego w środku dnia jest parogodzinna przerwa w dostawie prądu, natomiast wodę dowożą tu cysterny. Cała wioska liczy sobie coś około 500 mieszkańców.

Napełniliśmy bak i zamarzyła nam się równie wszędobylska jak iguany, zimna coka (czyli coca-cola po meksykańsku:). Znaleźliśmy jeden z czterech sklepików i usiedliśmy z wielkimi, szklanymi butlami (w Meksyku są jeszcze klasyczne, szklane butelki coca-coli 0,6l) zimnej coki, kiedy zaczepiła nas, uśmiechnięta od ucha do ucha, starsza Amerykanka. Przedstawiła się nam jako “Canada Mary” i powiedziała, że widziała jak się męczyliśmy, aby tu dojechać na skuterze i jest pełna podziwu, bo to nie lada wyczyn. Dowiedzieliśmy się też, że Punta Allen to realizacja jej marzeń z przeszłości, bowiem była tu kilkanaście lat temu i zapragnęła zamieszkać w tym miejscu. Po latach przyjechała, kupiła tu dom i jej szczęście widoczne było nie tylko w jej szerokim uśmiechu, ale też w spokoju jaki miała w sobie.

Po krótkiej pogawędce, postanowiliśmy pozwiedzać okolicę i znaleźć miejsce do spania. Ostatecznie przyczepiliśmy hamaki do przybrzeżnych palm, w otoczeniu flory i fauny oraz kolejny raz z widokiem na morze, zasnęliśmy. Fauna, w postaci mikroskopijnych komarów, dała nam się niestety we znaki. Gdyby nie Mugol, moskity zjadłyby nas żywcem. Tak nam minął pierwszy dzień na końcu świata. Zobacz więcej zdjęć.

Delfines, Tortugas, Pelikanos

Następnego dnia (24.08.2014) obudziliśmy się trochę połamani od hamaków i pogryzieni przez komary, ale widok błękitnego morza zabija wszelkie złe myśli. Skoro wspominam o morzu to napiszę również o pomarańczowo – brązowych glonach, które się tu pałętały przy brzegu niestety. Z resztą one były wszędzie, gdzie plaża była bardziej dzika.

Koniecznie chcieliśmy popłynąć tego dnia, na wycieczkę łódką po okolicy, ale niestety okazała się za droga na dwie osoby, nawet próba targowania się nas nie usatysfakcjonowała. Musieliśmy znaleźć współtowarzyszy podróży i wówczas cena się rozłoży, bo łódki są sześcioosobowe, a płaci się za całą łódkę, a nie za osobę. Niestety nie było to łatwe, ponieważ było po sezonie i ludzi niewiele. Udało nam się zaleźć jednego, przygnębionego Włocha, który również szukał tańszego rozwiązania na eskapadę w poszukiwaniu delfinów i parkę Meksykanów, których sami namówiliśmy na wycieczkę.

Widzieliśmy delfiny, żółwie, pelikany, troszkę snurklowaliśmy i podpłynęliśmy w miejsce, gdzie woda miała kolor nie do opisania. Na mnie wszystko to zrobiło ogromne wrażenie, na Michale też i może są, a nawet na pewno są miejsca piękniejsze, ale to co zobaczyłam tutaj, nie widziałam jeszcze nigdy i nigdzie. Inna sprawa, że jeszcze mało widziałam – to prawda. Jednak podziwiać delfiny i żółwie w ich naturalnym środowisku to naprawdę jest COŚ. Czuje się bezkres wody, wolność, wiatr i zapach powietrza oraz siłę tych zwierząt. Podkreślam, że byliśmy poza sezonem, więc nasze odczucia mogą być mylące i są jak najbardziej subiektywne, ale my tak mamy, że wieloma rzeczami się zachwycamy.

Z wycieczki utkwiły mi również w pamięci “okulary pilota” tego Włocha, który z nami płynął, a  montował je sobie na nosie za pomocą cienkiej gumki. To również było zjawiskowe, jeśli mam być szczera.

Chciałam wspomnieć też o ciemnych stronach takich wypraw, jednak nie chce być hipokrytką, ale możliwe, że tak to będzie odczytane. Wydaje mi się, że pływanie łódką za uciekającymi delfinami może być dla nich niekomfortowe.

Po bliskim spotkaniu ze zwierzyną, ruszyliśmy w drogę powrotną do Tulum. Tym razem poszło nam nieco szybciej. Następnie zrobiliśmy zakupy w pobliskim markecie, zabraliśmy z hostelu plecaki i ja przetransportowałam je na “nasz kemping” przy “naszej plaży”. Michał natomiast dojechał tam skuterem. Zrobiło się ciemno, więc po pierwsze ciężko było nam trafić, a po drugie kemping był zamknięty, więc właściwie, musieliśmy się na niego “włamać”. Udało nam się znaleźć właściciela, więc już na legalu zmontowaliśmy swój namiot – samoróbkę. Wystarczyło kupić plandekę, dwa materace, rozwiesić moskitiery i nocleg na dwa kolejne dni przy rajskiej, karaibskiej plaży gotowy. Zobacz więcej zdjęć.

No Comments

Post A Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.