Park de Briere i historyczna wioska Kerhinet // Bretania

Po dwóch dniach na Półwyspie Crozon, postanowiliśmy jechać dalej. Z wielkim żalem opuściliśmy to miejsce, ale wiadomo – czas leci, a na nas czeka jeszcze tyle pięknych miejsc.

Czasami sobie myślę, że nazwa bloga jest bardzo trafna, bo zawsze jedziemy gdzieś, ale nie do końca wiemy, gdzie trafimy ostatecznie. Idealnie odzwierciedla ducha naszych wojaży. Tym razem trafiliśmy do Parku Naturalnego de Briere.

Z racji tego, że dojechaliśmy bardzo późno, nocleg trafił się niefajny. Wjazdy na parkingi były zagrodzone belką z zakazem dla samochodów powyżej 2m (my mamy grubo ponad dwa). Stanęliśmy w niedalekiej odległości od zakazu postoju i poszliśmy spać. Trzeba przyznać, że w miarę upływu czasu, człowiek bardziej się ośmiela i znalezienie miejsca do spania nie jest już problemem.

Kolejny dzień zaczęliśmy od przejażdżki po salinach, których tu pełno (miejsce, gdzie produkuje się sól poprzez odparowanie wody).

Po drodze minęliśmy miasteczko Kervalet. Charakterystyczne dla tego reginu są kamienne domki z kolorowymi okiennicami, małymi drzwiczkami, a przy każdym rosną malwy i rododendrony. Nastrój typowo wiejski. Właśnie tak wyobrażałam sobie zawsze francuską wieś – kamienne domki skąpane w słońcu, w otoczeniu zieleni.

“Wybiegaliśmy” Wiki i Kenzo, co musimy robić średnio trzy razy w ciągu dnia, a Wiki z dnia na dzień aktywności potrzebuje więcej. Podróż z tak ruchliwym dzieckiem nie jest łatwa i trzeba nieźle się nagimnastykować, aby przetrwać.

Kolejną wioską, a właściwie skansenem (w tym przypadku) był Kerhinet. Można z powodzeniem ją ominąć. Jest to odrestaurowana osada domków ze strzechy. Urodziwe, ale bez rewelacji. Parę budyneczków, beczących owiec i Francuz, który “przyklapał” się do nas i chciał głaskać Kenzo i Wiki. O tyle, o ile z Wiki to jeszcze da radę (chociaż nie znoszę, jak obcy ludzie próbują ją dotykać), to Kenzo na głaskanie reaguje różnie, w zależności od humoru. Panu Francuzowi tłumaczyliśmy to na różne sposoby  oraz to, że my “ Nie parlewu franse”, ale on upierdliwie nie odstępował nas na krok, pytlując coś po francusku.

No Comments

Post A Comment