Jedźmy gdzieś, gdzie nikogo nie ma i zakopmy się w piachu // Rezerwat Dunes de Sao Jacinto // Portugalia

Mieliśmy dosyć miast, ludzi, zgiełku, knajp. Chcieliśmy odpocząć. Zmęczeni intensywnym chodzeniem po Porto, pragnęliśmy jak najszybciej teleportować się na jakąś odludną plażę. Chciałam znaleźć się gdzieś, gdzie nie ma żywej duszy, oprócz naszych i gdzie można w spokoju nawdychać się jodu i zebrać myśli. W takich sytuacjach zawsze pomocne jest google maps, na których z powodzeniem można znaleźć tak zwane “miejsce idealne”. Trochę intuicji, odrobina dedukcji i jest – kierunek wyznaczony!

Zanim ruszyliśmy do wyznaczonego celu, przejechaliśmy jeszcze mały odcinek doliny rzeki Duoro, aby zobaczyć słynne, winne tarasy. Brzegiem prowadzi kręta, asfaltowa droga, ale niewiele było widać, bo stojące tam domy skutecznie przysłaniały widok.

Zmieniliśmy kierunek i przez przepiękne, rozlewiskowe tereny Rezerwatu Dunes de Sao Jacinto dotarliśmy do cudownej plaży, gdzieś na wysokości Torreir. W sumie, w tamtym momencie, jeszcze nie wiedziałam, że ta plaża jest taka super, bo pierwszego dnia nawet jej nie zobaczyłam. A dlaczego? No cóż…

Dotarliśmy w to miejsce wąską, szutrową ścieżką, która nagle zrobiła się mega piaszczysta. Minęliśmy nawet zakaz wjazdu po drodze, ale że widzieliśmy w oddali domostwa, postanowiliśmy się nim nie przejmować. Zakaz tu, zakaz tam, nie bądźmy tacy zasadniczy. Droga się skończyła, a przed nami kupka piasku, taka całkiem spora, a właściwie to jak wydma prawie, więc duża. Zatrzymaliśmy się i ja już wtedy czułam, że Michał ma w głowie jakiś niecny plan.

No więc, proszę Państwa, Michał postanowił sprawdzić, jak samochód zachowuje się na piachu. No i jak? No więc tak: 6 godzin ewolucji gimnastycznych, podkładania kamyków pod koła, wyciągania lin, przekładania kanistrów, machania łopatą, buczenia silnika, bujania, skakania, ciągnięcia i pchania. Właśnie tak samochód zachowuje się na piachu.

Gdy już udało nam się wyjść cało z opresji, zrobiło się ciemno i poszliśmy spać. Sen nie był spokojny bynajmniej, bo mieliśmy wrażenie, że ktoś kręci się ciągle wokół busa. Z resztą to wrażenie potęgował Kenzo, który z wybałuszonymi oczami siedział wpatrzony w szybę i jazgotał, bo inaczej się tego nazwać nie da. Rano okazało się, że stoimy na dość często uczęszczanej przez rybaków dróżce, a oni sobie po prostu lubią w nocy łowić ryby i tak chodzili obok busa, jakby to była jakaś autostrada. Rano (na szczęście) zdążyliśmy zobaczyć już tylko ich znikające plecy na horyzoncie i zostaliśmy sami.

Po całodniowych wykopkach i ciężkiej nocy, wreszcie mieliśmy chwilę, aby rozejrzeć się po okolicy. Zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy przez wydmy porośnięte trawą. Szliśmy i szliśmy, cały czas podążając za szumem oceanu, który stawał się coraz głośniejszy. Wreszcie dotarliśmy do wąskiego przesmyku pomiędzy dwiema górkami piasku i naszym oczom ukazał się bezkresny Atlantyk! Patrzę w prawo: pusto, patrzę w lewo: pusto. Coś nagle czmychnęło obok mojej nogi i o mało się przez to nie przewróciłam. To Kenzo!!!!! Tak rozradowanego psa nie widziałam od paru dni. Biegał jak oszalały – raz w jedną stronę, raz w drugą. Nie minęła chwila i reszta towarzystwa też zaczęła z radością turlać się po drobniutkim, białym piasku. A ja? Wzięłam głęboki oddech i usiadłam. Pomyślałam: jest perfekcyjnie! Tu nikogo nie ma!

No Comments

Post A Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.