Ciudad Valles i Tamasopo

W podróży trzeba się nauczyć improwizować. Nie ma tu miejsca dla ludzi mało spontanicznych i marudzących. Najważniejsze to przyjmować wszystko takim, jakie jest i nie martwić się o jutro. To właśnie w podróży podoba mi się najbardziej: życie z dnia na dzień z dala od problemów. Tutaj liczą się piękne widoki, fajni ludzie, ładna pogoda, a w porywach miejsce do spania, picie i jedzenie. Wszystko inne zostaje daleko.

My od razu musieliśmy zmienić plany, bo od początku nic nie szło po naszej myśli, ale w końcu to Meksyk! Naszym kolejnym przystankiem miał być Ciudad Valles jako baza wypadowa po Bajio. Najpierw okazało się, że do San Luis Potosi, do którego musieliśmy dotrzeć w pierwszej kolejności, jeździ tylko jeden autokar i na dodatek wszystkie miejsca były zarezerwowane. Po godzinnej dyskusji z panem w kasie i ostrej gimnastyce języka, kiedy to on do nas po hiszpańsku, a my do niego po angielsku ( meksykanie nie grzeszą znajomością języka angielskiego nawet na dworcach, w sklepach czy hotelach ), udało się znaleźć inne rozwiązanie. Kupiliśmy bilet z przesiadką w Leon, ale niestety godziną dojazdu do San Luis Potosi okazała się 23. Nie uśmiechało nam się to za bardzo, zwłaszcza po wielu przeczytanych artykułach o niebezpieczeństwach czychających w Meksyku i opowieściach ludzi, którzy nawet tam nie byli, staliśmy się lekkimi paranoikami. Nie mieliśmy innego wyjścia, a przynajmniej tak nam się wydawało.

Spakowaliśmy się, pozostawiliśmy wszelkie wygody za sobą, wzięliśmy Ewę z jej ogromną walizką i pojechaliśmy na dworzec ( Ewa – pełne imię i nazwisko to Ewa Borysewicz – animatorka, fajna dziewczyna, dobra koleżanka, którą poznaliśmy jeszcze na festiwalu filmowym w Bydgoszczy, a na festiwalu w Guanajuato spotkaliśmy się po raz kolejny i postanowiliśmy połączyć siły w podróży). Po krótkiej, trzyosobowej naradzie, postanowiliśmy przedyskutować ( tym razem po hiszpańsku, bo Ewa ogarniała język hiszpański całkiem dobrze), jeszcze raz możliwości transportowe do Ciudad Valles. Okazało się, że istnieje bezpośrednie połączenie z małą przerwą w Leon za około 600 pessos. Wymieniliśmy bilety i za chwil krótkich parę siedzieliśmy w autokarze do Ciudad Valles.

W Meksyku, jak się okazało, jest ogromny wybór przewoźników autokarowych. Te długodystansowe, to często luksusowe pojazdy z wifi, telewizorem i klimatyzacją, którą meksykanie uwielbiają i mrożą się nią na potęgę. U nas, 10 godzin drogi w klimatyzowanym autokarze, zaowocowało chorym gardłem i katarem.

Do Ciudad Valles dojechaliśmy około godziny 5 30 rano, ale byliśmy na to przygotowani i wcześniej znaleźliśmy niewielki hostel Pata de Perro, do którego podjechaliśmy taksówką spod dworca. Tutaj należy wspomnieć o taksówkach w Meksyku. Czasami naprawdę warto z nich korzystać, bo są stosunkowo tanie. Zauważyliśmy, że dystans nie ma szczególnego znaczenia, bo cena oscyluje w okolicach 50 – 60 pessos w obrębie miasta i nie ważne, czy to następna przecznica, czy 5 skrzyżowań dalej. Inaczej się ma sprawa z wyjazdem taksówką poza miasto, ale o tym później. Zobacz więcej zdjęć

CIUDAD VALLES

Miasto brudne, głośne, pełne sklepów. Nie warto spędzać tu zbyt wiele czasu. Jedynym miejscem godnym polecenia była knajpka z taco, które robiły od rana do wieczora trzy kobitki. Z daleka słychać było jak tną energicznie nożem świeże mięso na drewnianym pieńku. Warto poszukać takich miejsc, gdzie słychać charakterystyczne cięcia, czuć zapach kolendry i limonki.

Ciudad Valles to przede wszystkim baza wypadowa po okolicznych parkach, wodospadach i rzekach.

PATA DE PERRO

Jest to miejsce dla osób mało wymagających. Pokoje nazwane wszelkimi, możliwymi rasami psów, to tak zwana radosna twórczość meksykańska. Skromne wyposażenie pokoi nadrabiała uprzejmością, obsługa. Trafiliśmy na dwóch przemiłych kolesi, którzy pomagali nam na każdym kroku i w niczym nie widzieli problemu.

W hostelu Pata de Perro zatrzymaliśmy się na 3 dni, aby eksplorować okolicę. Dostaliśmy gorący i mało przewiewny, czteroosobowy pokoik na trzy osoby, z wątpliwym zameczkiem na kłódeczkę ( 150 pessos za noc za jedną osobę). Dodatkowym wyposażeniem były dwa głośne wentylatory, więc do wyboru mieliśmy dwie opcje: nie wyspać się, bo gorąco lub nie wyspać się, bo głośno. Spróbowaliśmy tej drugiej opcji i postanowiliśmy zdrzemnąć się po podróży chociaż parę godzin.

Obudziliśmy się zlani potem o godzinie 12 w południe ( mimo włączonych dwóch ryczących wentylatorów ) i postanowiliśmy, że coś jeszcze zobaczymy tego dnia w okolicy. Po krótkim riserczu, okazało się, że jedyną opcją na ten dzień jest Tamasopo.

TAMASOPO ( wstęp 20 pessos)

Stwierdziliśmy, że pójdziemy jeszcze 5km dalej do Puento de Dios. Podobno podobnie, ale inaczej. Zanim jednak ruszyliśmy dalej, zaczepił nas wesoły Węgier, który rozpoznał w nas europejczyków. Bardzo ucieszył się na nasz widok. Opowiedział nam o swojej ponad rocznej podróży rowerowej po świecie, zaznaczył że tęskni za śniegiem, uścisnął nam dłonie i życzył powodzenia w dalszej drodze. Oznajmił też, że w Meksyku kończy się jego trasa, bo już marzy o domu i wraca do Węgier. Do ostatniego autobusu do Ciudad zostało nam już niewiele czasu, ale mimo wszystko podjęliśmy próbę dotarcia do Puentos. Mapa odmówiła nam posłuszeństwa, więc Ewa zatrzymała jadący samochód, żeby zapytać o drogę i po chwili jechaliśmy na pace meksykańskiego pickupa. Niestety chwila nie trwała długo. Nie dotarliśmy do celu, bo okazało się, że Puento de Dios otwarte jest tylko do 19. Zawróciliśmy więc i złapaliśmy powrotny autobus do Ciudad Valles. Zmęczeni poszliśmy spać w naszym „przewiewnym” pokoiku, ciekawi co przyniesie kolejny dzień.

No Comments

Post A Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.