2 dni w Mahahual

Wybrzeże Maya jest przepiękne. Poza sezonem kusi plażami z białym piaskiem i przejrzystą wodą Morza Karaibskiego. Tutaj można złapać głęboki oddech i cieszyć się z cudownych widoków. To raj dla nurków głębinowych, bo dno kryje nieodkryte jeszcze tajemnice leżących na dnie wraków. W powietrzu czuje się powiew historii piratów i zaginionego złota.

Po zwiedzeniu ruin i małej drzemce na tyłach jednej z budowli, która dała nam schronienie na parę godzin, wróciliśmy do miasta Palenque. Udaliśmy się na dworzec i grzecznie czekaliśmy na przyjazd autobusu do Chetumal, który mieliśmy dopiero o 24 30 ( zaistniała mała zmiana względem naszego pierwotnego planu i postanowiliśmy szybciej dotrzeć na wybrzeże karaibskie ). Jest to miasto, gdzie znajduje się przejście graniczne z Belize, zatem nie ominęły nas kontrole robione przez Policia Municipal po drodze i sprawdzanie paszportów. Tym razem zdecydowaliśmy się na tańszy transport i nie był to najlepszy pomysł. Autobus przyjechał nieco spóźniony, wypchany meksykanami, którzy przyglądali się nam z zaciekawieniem, przez co czuliśmy się jak murzyni wśród białych i lekko trącił spoconym człowiekiem. No cóż, nie było odwrotu. Musieliśmy się przemęczyć, a męczyliśmy się tak około 4 godzin. Na miejsce dojechaliśmy nieco wcześniej niż przewidzieliśmy, więc wylądowaliśmy w środku nocy na nieznanym dworcu w nieznanym meksykańskim mieście, a to nie był nasz docelowy kierunek. Po wyjściu z dworca i szybkich oględzinach otoczenia stwierdziliśmy, że nie będziemy się plątać po ulicach w nocy i weźmiemy taxówkę, żeby dostać się na dworzec autobusowy, z którego mamy połączenie do Mahahual. Ku naszemu przerażeniu dworzec był jeszcze zamknięty, a jedyną opcją na przeczekanie do momentu otwarcia była wiata przystanku autobusu miejskiego. Ledwo zdjęliśmy plecaki i rozsiedliśmy się na ławeczce, a już zauważyliśmy postać jakiegoś mężczyzny idącego w naszym kierunku. Mi serce stanęło w gardle, Michał przełknął dwa razy ślinę, ale wyjścia za bardzo już nie mieliśmy. Musieliśmy czekać na rozwój wydarzeń. Wreszcie postać wyłoniła się z cienia i okazało się, że to jakiś lekko „zawiany” chłopak z torbą foliową w jednej ręce. Otóż właśnie ta tajemnicza torebka najbardziej przykuła naszą uwagę i stała się celem obserwacji zarówno moim jak i Michała. Chłopakowi ewidentnie plątał się język, ale z wielkim zaangażowaniem próbował się z nami porozumieć. Został poinformowany przez nas, że my: ” no able espaniol”, ale mimo to nie zaprzestawał konwersacji. Raz pokazywał coś na migi, raz starał się mówić z szerzej otwartymi ustami lub wolniej, na ile pozwalał mu na to jego nieujarzmiony, niepokorny język, który mimo jego starań żył własnym życiem. Po chwili zaczęliśmy rozumieć o co mu chodzi. Chciał sobie po prostu z nami pogadać. Pytał skąd jesteśmy, gdzie jedziemy, jak długo jesteśmy w Meksyku i nagle zaczął sięgać do swojego tobołka. Wzbudziło to nasz niepokój, bo grzebał w nim grzebał z wielkim przejęciem. Nagle coś z niego wypadło i potoczyło się po chodniku. Okazało się, że to po prostu było piwo, a chłopak bardzo chciał nas nim poczęstować. Na szczęście w tym samym momencie podniosła się krata dworca autobusowego i mogliśmy przenieść się w bardziej bezpieczne dla nas miejsce. Oczywiście grzecznie podziękowaliśmy, pożegnaliśmy się, zabraliśmy plecaki i poszliśmy do kas, aby kupić bilety na dalszą podróż. Poczekaliśmy jeszcze godzinkę, a potem wskoczyliśmy w nasz autokar i ruszyliśmy do Mahahual.

Mahahual

Do miasteczka dotarliśmy nad ranem i musieliśmy odespać niewygodną i ciężką podróż, więc znaleźliśmy dogodne, lekko zacienione miejsce, idealne do rozwieszenia hamaków i poszliśmy spać. Po paru godzinach postanowiliśmy coś zjeść i poszukać taniego noclegu, co w takim miejscu okazało się niełatwym zadaniem.

W pierwszej kolejności usiedliśmy w pobliskiej restauracji, w której stołowaliśmy się przez kolejny dzień. Podczas jedzenia ryby, kątem oka zauważyłam iguanę, która stara się połknąć papryczkę habanero i przepycha ją z wielkim trudem przez swoje gardło. Zdziwieni tym widokiem, gapiliśmy się z zaciekawieniem jak kelner rzuca co chwila pokarm żebrzącym iguanom. Dla nas widok niecodzienny, trzeba przyznać.

Okazało się, że właścicielami są Amerykanie i załoga restauracji całkiem dobrze mówi po angielsku, więc doradzili nam nocleg w cabañas El Doctor. Zameldowaliśmy się tam póki co na jedną noc, bo nocleg do najtańszych nie należał. Cały dzień spędziliśmy na kąpielach i relaksie, a następnego dnia znaleźliśmy hostel i przenieśliśmy do niego nasze rzeczy. Drugi dzień również do pracowitych nie należał. Zrobiliśmy sobie spacer wzdłuż wybrzeża, które dalej zamieniło się w kamieniste i trudne do przejścia. Woda była gdzieniegdzie tak zagloniona, że aż pomarańczowa. Na szczęście przy hostelu mieliśmy bardzo ładną plażę z błękitną, czystą wodą. Podczas spaceru znaleźliśmy psa ( których w Meksyku jest na pęczki, ale ten był wyjątkowo wychudzony ), którego pragnęliśmy dokarmić, ale jak wróciliśmy z puszką ze sklepu już go nie było i nie udało nam się go znaleźć. Michałowi zamarzył się kokos, zatem zerwał go z drzewa, zrobił dziurkę swoim scyzorykiem McGyvera i wychłeptał wodę, przez co był strasznie z siebie dumny.

Sama miejscowość jest po prostu uśpionym kurortem małą wioską rybacką przy Costa Maya w stanie Quintana Roo, gdzie Amerykanie na potęgę kupują nieruchomości i który często jest omijany przez turystów pędzących do Tulum. My trafiliśmy na cudowny moment, kiedy wioska świeciła pustkami, plaże były czyste i puste. Mieliśmy wszystko praktycznie tylko dla siebie. Jedynie nie udało nam się dotrzeć na pobliskie wyspy przy których jest jedna z najpiękniejszych raf koralowych na świecie Banco Chinchorro. W tych okolicach jest też nie lada gratka dla nurków, którzy lubują się w nurkowaniu we wrakach statków. Jest ich bowiem tutaj bardzo dużo. Zobacz więcej zdjęć.

No Comments

Post A Comment