Usterka busa (ciąg dalszy) i stare miasto Pontevedra // Galicja

Jest! Usterka. To jest to, czego można spodziewać się, gdy podróżujesz samochodem. Jedziesz i masz nadzieję, że wszystko będzie dobrze. No przecież samochód zrobiony na tak zwany TIP TOP. Dlaczego coś niedomaga? Może dlatego, że przejechaliśmy już dobre X kilometrów i w sumie to normalne, że się zwyczajnie zużywa? Dużo osób pyta mnie w mailach, o to jak przygotować auto do długich tras. Jak ustrzec się przed awariami? Nie da się! Trzeba zrobić przegląd, powymieniać to i owo, ale usterki po prostu bywają i już. Najlepiej mieć przygotowany budżet na ewentualne naprawy, zapas czasu i namiot, który posłuży nam za dom zastępczy. Pomijam fakt drobnych napraw, które w przypadku VW T3 spokojnie można wykonać we własnym zakresie, mając odpowiednie narzędzia. Z resztą w warunkach polowych można zrobić naprawdę dużo – nawet wymienić silnik. Największy problem jest zawsze z brakującymi częściami, bo przecież nie weźmiesz ze sobą wszystkiego.  

Zacznijmy od początku. Nasza usterka, to dziwne drgania całego samochodu, które ujawniły się przy wolnych obrotach. Początkowo nie zwracaliśmy na nie uwagi. W końcu samochód swoje lata ma i czasem coś mu klekocze, coś się trzęsie, stuknie i puknie – to normalne. Jednak te dziwne wibracje stawały się nie do zniesienia, aż zaczęło coś dosłownie “walić” w podwozie. W pierwszej kolejności w ruch poszedł internet i wszelkie fora busikowe polskie i hiszpańskie, fejsbuki i instagramy. Następnie zaczęły się konsultacje telefoniczne (tzw. telefon do przyjaciela) z naszym nadwornym mechanikiem włącznie. Potem objechaliśmy okolicę Pontevedra i Combarro w poszukiwaniu jakiegoś kompetentnego speca samochodowego. Próby dogadywania się nie do końca nam wychodziły (angielski w Hiszpanii? – Zapomnij!), a i diagnozy były na tyle sprzeczne, że w niczym nam nie pomogły. Tylko mózgi nam parowały od nadmiaru informacji. Powstał też lekki dreszczyk emocji związany z kontynuacją naszej dalszej podróży. Może to coś na tyle poważnego, że unieruchomi nam samochód i w tych cudownie śmierdzących okolicznościach przyrody utkniemy na dłuższy czas. Praya Lourido, przy której zamierzaliśmy spędzić noc, do najpiękniejszych nie należy.

Michał wziął sprawy w swoje ręce, zakasał rękawy i zabrał się do precyzyjnych oględzin samochodu, a ja szukałam wskazówek w internecie. Po paru godzinach diagnoza została postawiona: uszkodzony wał napędowy (dla dociekliwych: WIKIPEDIA)! To on wpada w mocne wibracje, przez co cały samochód trzęsie się jak pralka podczas wirowania. I tu właściwie nastąpiło delikatne zadowolenie, bynajmniej nie z powodu awarii, a z powodu rozwiązania zagadki. Teraz pozostaje nam jedynie naprawa, a właściwie wymiana pękniętego elementu (tzw. krzyżaka). Okazało się to niemożliwe na tamtą chwilę, tak więc wymontowaliśmy wał, wsadziliśmy go do środka samochodu i pojechaliśmy dalej.

Pontevedra  

To miasto miałam okazję zwiedzać zupełnie sama i postanowiłam, że zamiast w pośpiechu robić zdjęcia na bloga, odpocznę, popatrzę i wsłucham się w jego rytm. Nie zakochałam się w nim bynajmniej, nie zatęsknię za nim na pewno, ale mam w pamięci spokój jakim mnie obdarowało. Puste, brukowane uliczki starówki były tak wyludnione, że aż słyszałam własne myśli. Pierwszy raz, od dawna!

Przechadzając się bez celu natrafiłam na wiele perełek: Iglesia de la Peregrina (punkt pielgrzymki Camino de Santiago), Bazylika Santa Maria Maggiore, Iglesia de San Bartolome, klasztor San Francisco. Właściwie na każdym kroku mamy do czynienia z historią, w której jest troszkę niejasności i tajemnic, bo nie wiadomo do końca jaka jest geneza powstania miasta. Legenda mówi, że założycielem był Grecki wojownik: Teukros. Pontevedra miała swoje wzloty i upadki i to widać. Obecnie władze miasta bardzo dbają o ruch pieszy, pozbyto się nadmiernego ruchu samochodowego, przez co zwiedza się je bardzo przyjemnie. Jest to miły przystanek w podróży po Galicji, ale nie jest to bezwględne “must see”.

No Comments

Post A Comment