Przeprawa przez granice ukrainsko – rumunska – 4 dzien

Poranek byl ciezki, bo gorac buchal jak cholera. Generalnie Ukraina nie byla dla nas zbyt przyjazna – ludzie niemili, drogi fatalne, widoki kiepskie.

Czas goni, wiec trzeba ruszac dalej. W koncu dotarlismy do granicy UA-RO. Tutaj jeszcze wieksza zabawa niz na granicy z Polska. Znowu 2h w plecy, a gdy juz dojezdzalismy do budki, celnik z wielkim, czerwonym, porowatym nosem kazal nam zjechac na bok i wjechac na kanal. No to pieknie….Opukali nam samochod, zrobili balagan i juz prawie rozkrecili caly dach, bo wydal im sie bardzo podejzany  – ciekawe dlaczego :P.
Nie znalezli ani broni, ani narkotykow, ani innych podejzanych przedmiotow, wiec puscili nas dalej po jakiejs godzinie. Uffff….. Jeszcze tylko celnicy rumunscy, ale tu o dziwo poszlo szybko. Specjalny pas dla nas, kupno winiety i jazda.

Jesli ktos, kiedys jeszcze powie zle slowo na temat Rumuni to znaczy ze nigdy tu poprostu nie byl. Widoki bajkowe, ludzie przemili, drogi o niebo lepsze. Niesamowity kontrast w stosunku do Ukrainy. Po paru kilometrach trafilismy na bazar z owockami i warzywkami, ktory z daleka zachecal zapachem. Tutaj spotkala nas mila niespodzianka, bo po wypowiedzeniu paru slow po angielsku i gromkim smiechu ze strony rumunskiego sprzedawcy dostalismy 2 cebule za darmo :). Kolejny plus dla Rumunii. Minus za melona, ktory przypominal gruszke bez smaku.

Turlamy sie i turlamy podziwiajac widoki za oknem. Powoli zaczelo sie robic ciemno. Jedziemy, jedziemy a tu nagle GPS nam mowi: skrec w prawo i zjedz na prom. Hm….dziwne….Michal puka i stuka w niego a on znowu to samo. Trzeba bylo sie zatrzymac i sprawdzic o co cho… Wysiadamy z samochodu a tam faktycznie droga sie konczy, a dalej jakies jezioro-rzeczka. Hm…Ciekawe…Patrzymy, a tam faktycznie po wodzie sunie jakies zielone swiatelko. Po ciezkich trudach znalezlismy wjazd na jakis maly, wiejski, chybotliwy prom. Za ostatnie 25 lejow przetransportowal nas jakies 100 m na druga strone jeziora. Plus jest taki ze Westka przezyla pierwsza przeprawe promem.

Najladniejsze trasy niestety zwiedzilismy ostro wytezajac wzrok w ciemna otchlan, ale chyba bylo ladnie, chociaz bardziej bylo widac komary i cmy rozplastane na naszym oknie.

Okolo 2 w nocy dojechalismy do Konstancy , miasta, ktore sternik na promie nazwal „malibu rumunskiego wybrzeza” ( cokolwiek to znaczy 🙂 – grunt ze dotarlismy do wybrzeza.

Znowu trzeba bylo postarac sie o nocleg, a tu zmeczenie daje sie we znaki. Stanelismy w koncu byle gdzie i rano okazalo sie ze zaparkowalismy obok przystanku autobusowego ( zorientowalismy sie, bo rano troszke glosno bylo ).


1Comment
  • it.mamma
    Posted at 22:15h, 08 sierpnia Odpowiedz

    mówiłam ze Rumunii nie nalezy sie obawiać.tylko wypadków i policji 😉

Post A Comment