Palenque

Ruiny Palenque to jedno z bardziej malowniczych miejsc w Meksyku. Krzyk małp, zieleń opływająca historyczne „kamienie” są tu tak wymowne jak nigdzie indziej. Nie można tego ominąć!

Do miasta Palenque doturlaliśmy się około 5 rano. Podróż dłużyła się okropnie, a autobus był tak niewygodny i przesiąknięty niezidentyfikowaną mieszanką zapachową, która z pewnością wonią kwiatów nie była. Kierowca nie oszczędzał na klimatyzacji, co również w drzemce nie pomogło, także z ledwo otwartymi oczami zaczęliśmy realizować nasz plan dnia. W pierwszej kolejności kupiliśmy bilet na dalszą drogę do miasta Chetumal ( założyliśmy, że do godziny 17 z powodzeniem uda nam się obejrzeć wszystkie budynki i świątynie w Palenque ) z którego zamierzaliśmy dotrzeć do Mahuahual, co było lekką modyfikacją naszych pierwotnych planów, ale o tym później.

Po zakupie biletów należało zapełnić czymś żołądki, jednak o tak wczesnej porze mogliśmy liczyć jedynie na stację benzynową z kawą ala lura. No cóż, wybrzydzać już dawno się oduczyliśmy, więc po marnej, ale dającej nieco energii konsumpcji, złapaliśmy tzw. Colectivo ( popularny środek transportu w Meksyku w postaci białych busików) i pojechaliśmy do dżungli, aby zwiedzić jedne z bardziej malowniczo położonych ruin miasta Majów w Meksyku. Ruiny położone są w niezwykłym miejscu, w samym sercu parku narodowego. W pierwszej kolejności trzeba zapłacić przy wjeżdźie do parku ok. 10 pesos, a następnie za wejście do części ruin udostępnionych dla turystów ok. 60 pesos. My mieliśmy ze sobą ciężkie plecaki, ale z powodzeniem można je zostawić w kasach za dodatkową opłatą, co uczyniliśmy z sielką radością.

Najlepiej dotrzeć tam z samego rana, zaraz po otwarciu, wtedy jest szansa, żeby chociaż przez chwilę pospacerować po parku w samotności przy pięknym, wschodzącym słońcu. Plusem wczesnego zwiedzania jest też brak straganów, które z czasem oblepiają wręcz każdy schodek i kamyczek. Tutaj wyżyny Chiapas graniczą z równinami Jukatanu, dlatego warto wspiąć się na każdy z wierzchołków budynków, bo widoki są niezapomniane. Zwiedzanie zaczęliśmy dość chaotycznie skacząc z jednego budynku na drugi z zapartym tchem oglądając i chłonąc widoki jakie rozciągają się z każdego wierzchołka. Chyba żadne ruiny nie zrobiły na nas tak ogromnego wrażenia, gdyby nie jeden mały fakt. Po półgodzinnym zwiedzaniu zaczęła dawać się we znaki wczorajsza podejrzana pod względem świeżości pizza i nieuniknony okazał się sprint po okolicznych toaletach. Ostrzegamy! Oznaczenia nie są na tyle jasne, aby zdążyć. Nie będziemy wdawać się w szczegóły, ale to było naprawdę trudne przeżycie.

Po opanowaniu sytuacji kryzysowej, mogliśmy w spokoju napawać się magicznym otoczeniem. Zanim rozpocznie się spacer po ruinach, warto nieco się o nich dowiedzieć. Nas zainteresował główne El Palazio, gdzie światło słoneczne wpadało w każdy zakamarek tworząc niesamowite wrażenie oraz większość budowli umiejscowionych w samym środku dżungli, gdzie można podziwiać dobrze odrestaurowane płaskorzeźby. NIESAMOWITE! Dla nas okazały się źródłem inspiracji, mimo że w większości to są reprodukcje. Ilustratorzy bójcie się – mega charaktery! Budowle z kamienia, lekko porośnięte mchem, zrośnięte z otoczeniem są niczym z bajki. W tle słychać wyjce, goryle, ptaki, motyle, które podejrzewaliśmy początkowo o oszustwo, ale faktycznie tam są. Budynki opływają zielenią, parują historią – tego nie da się opisać. Zmęczęni położyliśmy się w cieniu jednej z piramid na północy, gdzie turyści nie mieli już siły się wspinać i podrzemaliśmy chwilkę. Niesamowity był fakt, że schronienie nam dał tak wiekowy budynek. Czuliśmy się tam tak zrelaksowani i wypoczęci. Słychać było jedynie małpy i lekki trzepot skrzydełek niemałych motyli. Zobacz więcej zdjęć.