Czarownice z Combarro i mała awaria // Galicja

Z Santiago de Compostela ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy krętymi, galicyjskimi drogami. W powietrzu unosił się wciąż zapach eukaliptusa. Galicja już chyba zawsze będzie kojarzyła mi się z tym zapachem. W głowie zostanie mi też wspomnienie przepysznych grillowanych sardynek i ośmiorniczek na małym placyku w Cambarro. Poza tym nazwa “COMBARRO!” – jak to brzmi! W tłumaczeniu ‘comb” to krzywizna korzenia, co prawdopodobnie odzwierciedla linię brzegową, do której przyklejone jest miasteczko. Bez wątpienia należy je odwiedzić, będąc w tych okolicach. Niby turystyczne, ale tak jakby na uboczu, kameralne, klimatyczne. Jeśli wybierzemy odpowiednią porę na jego zwiedzanie, może uda nam się w ciszy i spokoju przejść się po jego uliczkach. Pierwsze wrażenie może być mylące, bo główna droga przez miasto prowadzi jego nowszą częścią i żeby trafić do jego serca, trzeba przejść promenadą przy porcie, aż do Plaza de Chousa i wspiąć się po małych schodkach, które nazywają się “Gurita”. W tym miejscu zaczyna się magia. Przenosimy się w czasie do małej, rybackiej wioski, gdzie tętni życie od świtu do nocy, sterowane przez zamieszkujących ją rybaków. Jest gwarno, a w powietrzu unosi się delikatny swąd oprawianych ryb. Nad miastem krążą mewy, a między nogami przemykają miauczące koty, które liczą na jakieś smakowite resztki z połowów. Tak pewnie było, a teraz na małym placyku, przy dawnym porcie, restauratorzy wystawiają grille, opalane drewnem i serwują przepyszne owoce morza. W kamiennych domkach, w których znajdziemy mnóstwo sklepów z pamiątkami, uśmiechają się do nas podobizny galicyjskich czarownic. Combarro jest nadzwyczajne, bo znajdziemy tu największą liczbę ‘horreos’, czyli spichlerzy, które niegdyś chroniły żywność przed wilgocią i szkodnikami. Malownicze uliczki skrywają  – casas marineiro – charakterystyczne domy z balkonami skierowanymi w stronę morza i cruceiro – krzyże, które stoją na skrzyżowaniu dróg, tworząc małe placyki. Cruceiro są znamienne dla tego miejsca i co ciekawe figura Chrystusa skierowana jest w stronę lądu, a Matka Boska (Virgen del Carmen – patronka marynarzy) w stronę morza.

Dlaczego w Combarro można kupić na pamiątkę czarownicę? No właśnie, dlaczego?

Galicja to Kraina Czarownic. W języku galicyjskim nazywane są “meigas” i jest to postać, w którą wierzyli Celtowie. Pozostała na tych terenach jako spuścizna po nich. Wierzyli oni, że wychodziły z lasów o północy i buszowały po okolicznych wioskach.

Co ciekawe? Na taką czarownicę był sposób. Można było ją odstraszyć specjalnym, słodkim i wysokoprocentowym trunkiem: queimada. Jego przygotowanie przypomina magiczne, pogańskie rytuały. Wlewa się przeróżne składniki do sporego kociołka, który płonie niebieskim płomieniem. Wypija się parę szklaneczek i problem z czarownicą znika w mgnieniu oka.

Dużym minusem miasta jest problem z parkowaniem. Praktycznie nie ma miejsc, gdzie można postawić samochód. Trudno mi sobie to wyobrazić jak to wygląda w środku sezonu. Mieliśmy zostać w Combarro na noc, ale postanowiliśmy zrezygnować z noclegu przy ulicy i przenieśliśmy się dalej, w kierunku Pontevedra, a dokładniej na parking przy Praya Lourido.

W międzyczasie okazało się, że mamy poważną usterkę samochodu. Podczas wolnych obrotów wpadał w koszmarne wibracje. Czuć je było na kierownicy, na drążku skrzyni biegów – wszędzie. Zaczęłą się lekka panika. Wystarczy sięgnąć pamięcią wstecz, jak musieliśmy parę lat temu wymieniać silnik we Francji. W głowie kołatały się najgorsze myśli. Uporczywie nie dawały spokoju. Musieliśmy zacząć działać.

Objechaliśmy okolicę w poszukiwaniu mechaników, aby postawić diagnozę: dlaczego bus niedomaga. Osłuchiwaliśmy samochód ze wszystkich stron. Od dołu, od tyłu, od środka i od zewnątrz. Mechanicy rozkładali ręce, wymyślając co i rusz nowe powody drgań. Ja już zaczęłam szukać pomocy na hiszpańskim forum busów. Wszelkie diagnozy pytanych mechaników wydawały się bezsensu. Zrobiło się późno i ciemno. Michał zaczął dosłownie rozkręcać podwozie, zamieniać opony miejscami. Odkręcał jedną część, przykręcał drugą. Siedział pod samochodem pół nocy, aż w końcu wpadł na pomysł, że odkręci wał napędowy. Jak ręką odjął, problem drgań znikł.

No Comments

Post A Comment