Brzydkie bywa piękne // Porto

Gdy jestem w jakimś miejscu, to często zastanawiam się, czy mogłabym tam zamieszkać. Porto zdecydowanie jest jednym z takich miast, gdzie mieszkać bym nie chciała, ale bez wątpienia charakter ma. To jest takie miasto “do oglądania”, bynajmniej nie do zapuszczania korzeni. Jest takie brzydko – ładne i słodko – gorzkie.

Jego urok tkwi w odpadających tynkach i powiewającym na wietrze praniu. Krzywiuśkie, kolorowe, odrapane i opuszczone kamieniczki w połączeniu z błękitnymi azulejos i portugalskim słońcem, tworzą specyficzny klimat, który często jest przedmiotem sporów. Czy coś, co jest brzydkie, może zachwycać? Gdy tylko ominie się główne place, drogie restauracje i skręci w jedną z wąskich uliczek, okazuje się nagle, że to miasto jest kolorowe tylko na pocztówkach. W środku jest takie troszkę smutne, owiane melancholią, a w zasadzie to wygląda tak, jakby przed chwilą przeżyło najazd jakiejś ciężkiej artylerii. Jest w tym coś przejmującego i fascynującego. Mnie to miasto zaintrygowało.
Jest pięknie usytuowane, bo leży nad samym oceanem Atlantyckim, a wisienką na torcie jest rzeka Duoro, która ma tutaj swoje ujście. Właśnie nad nią jest mnóstwo winnic, z których pochodzi słynne na cały świat Porto z Porto.


W Porto spędziliśmy dwa dni i jedną noc, dlatego zwiedzanie podzieliliśmy na dwa etapy. Pierwszego dnia przeszliśmy się po jednej stronie rzeki, a drugiego po drugiej, gdzie kwitnie przemysł winny.
Od razu ostrzegam, że poruszanie się po Porto samochodem do najłatwiejszych nie należy i to nie ze względu na innych kierowców, a z powodu naprawdę ciasnych i stromych uliczek. Trudno też znaleźć miejsce do parkowania i dlatego warto do miasta przyjechać bardzo wcześnie (właściwie ten system zwiedzania we wczesnych godzinach porannych sprawdza się nie tylko w Porto).
Pierwszego dnia stanęliśmy pod supermarketem w dzielnicy Ribeira i stamtąd rozpoczęliśmy przechadzkę po mieście.


Jak zwykle nie mieliśmy konkretnego planu, zdaliśmy się na intuicję. No dobra – może inaczej – po prostu zupełnie się nie przygotowaliśmy. Jest parę “must see”, których pominąć nie można, ale Porto jest tak kameralnym miastem, że w zasadzie wszystkie zabytki znajdują się same. Nie trzeba ich specjalnie szukać, wystarczy iść przed siebie. Tak też zrobiliśmy.
Zwiedzanie zaczęliśmy od Ogrodów Jardins do Palacio de Cristal i tu niestety wejść nie mogliśmy, bo na bramie widniał wielki zakaz wchodzenia z psami, a my (nie dało się tego ukryć) na końcu smyczy mieliśmy przyczepionego, całkiem pokaźnego, naszego kochanego psa. Nic straconego, bo znaleźliśmy sporo ciekawych zakamarków w okolicy, nie wchodząc nawet na teren ogrodu.
Kręcąc się bez celu trafiliśmy też na Plac de Parada Leitao i na dwa słynne kościoły: Igreja dos Carmelitas oraz Igreja do Carmo.
Kolejnym punktem spaceru po Porto była znana księgarnia Lello & Irmao, która stała się inspiracją do napisania Harrego Pottera. Autorka – J.K. Rowling – była żoną portugalskiego dziennikarza i przez pewien czas mieszkała w Porto, gdzie uczyła angielskiego. To właśnie wnętrza księgarni (i zapewne nuda) zainspirowały autorkę do stworzenia szkoły czarodziejów. Nam nie udało się wejść do środka, czego niezmiernie żałuję, bo osobiście należę do tych,co kochają zapach papieru i namiętnie wąchają książki, ale kilometrowa kolejka przed wejściem skutecznie nas odstraszyła. Jeśli komuś naprawdę zależy na wejściu do biblioteki, to warto przyjść jeszcze przed jej otwarciem.


Idąc Rua de Formosa zajrzeliśmy na Mercado do Bolhao, gdzie można kupić pamiątki, w tym niekoniecznie ładne płytki ceramiczne, korkowe suweniry (Portugalia jest jednym z większych producentów korka właśnie – stąd te suweniry), ale i owoce, warzywa oraz ryby. Warto się tam wybrać, nie tyle na zakupy, ale po to, aby poobserwować rodowitych mieszkańców, bo to właśnie oni w dni powszednie robią tam zakupy.

Na Rua de Santa Catarina trafiamy na Capela da Almas, czyli Kaplicę Dusz. Kościółek bardzo prosty w formie, ale za to pokryty zachwycającymi, pięknymi, niebiesko-białymi azulejos. Ach, jak ja lubię niebieski!

Mijamy kafelkowy kościół Świętego Ildefonsa i nieco później dochodzimy do katedry Sé, nazywanej Katedrą Fortecą, która została wzniesiona na granitowej skale, na wzgórzu Penta Ventosa i góruje nad całą okolicą.

Niedaleko Katedry znajduje się niepozorny kościół Igreja de Santa Clara, którego wnętrze jest w całości pokryte złotem. Podobno użyto go aż 200 kg do pozłocenia rzeźb, płaskorzeźb i zdobień. Nie weszliśmy – wybaczcie.

Warto zajrzeć do budynku stacji kolejowej Bento, pokrytej w środku azulejos ze scenami z historii Portugalii. Trafiliśmy na tak zwany moment idealny, kiedy to popołudniowe słońce wypełniało całe wnętrze, tworząc nieziemski klimat – efekt iście filmowy.


Nas zaciekawiła bardzo najstarsza dzielnica Porto – Ribeira (dzielnica nadbrzeżna). Jest usytuowana nad samą rzeką Duoro, która dzieli Porto na dwie części. Pełna jest podupadających, ledwo trzymających się kupy budynków (zamieszkanych niegdyś przez robotników), podejrzanych knajpek, a co za tym idzie – mnóstwo w niej biedoty. Większość z kamienic jest opuszczona i faktycznie jest to dość smutne, bo ponad 50% domów stoi pusta, ale nie będę się na tym skupiać i rozwodzić, bo o tym sporo informacji jest w internecie.
Zwiedzanie zakończyliśmy na moście. Nie byle jakim moście, bo swojego czasu był to najdłuższy, dwukondygnacyjny most stalowy na świecie (Ponte Dom Luis I). Natomiast teraz można sobie na niego po prostu wejść i zachwycać się całkiem niezłym widokiem. Warto wspomnieć, że projekt wyszedł spod pisaczka jednego z inżynierów z grupy Eiffla, więc nie bez powodu przypomina konstrukcją słynną paryską wieżę.

Most łączy dwa brzegi Duoro i to właśnie ten drugi brzeg postanowiliśmy bez pośpiechu zwiedzić następnego dnia.


Na noc oddaliliśmy się nieco od Porto, w okolice plaży, ale ponieważ nadbrzeże było nad wyraz dobrze oświetlone, postanowiliśmy przemieścić się jeszcze dalej. Wylądowaliśmy pośrodku jakiegoś podmiejskiego osiedla, w okolicy ogródków działkowych, ale było tak ciemno, że właściwie nie wiem gdzie nocowaliśmy.
Z samego rana wróciliśmy z powrotem do miasta. Tym razem zaparkowaliśmy od razu po drugiej stronie mostu. Dzień zaczęliśmy leniwie –  od kawki i ciasteczka w pierwszej, napotkanej kawiarence. Sącząc aromatyczny napój i zagryzając przesłodkim portugalskim wytworem, mogliśmy w spokoju przyjrzeć się jak wokół nas toczy się życie – nieśpiesznie.
Vila Nova de Gaia (tak nazywa się dzielnica po drugiej stronie mostu, która niegdyś była oddzielną miejscowością) znana jest przede wszystkim z licznych i klimatycznych piwnic i magazynów, należących do najsłynniejszych producentów portwein, czyli PORTO.
Obszar ten zamieszkiwali niegdyś angielscy kupcy, co da się zauważyć chociażby w miszmaszu jedzeniowym jaki serwują tutejsze knajpy i w nazwach winiarni takich jak chociażby “Sandeman”.
I tu powinna nastać chwila ciszy… Jedzenie – to trudny temat w Porto, bo my nie trafiliśmy na nic dobrego, a nawet z czymś w miarę znośnym było ciężko. Jedyne, co udało nam się zdobyć, to gumowa ośmiornica i średni, baaardzo średni dorsz. A powinien być dobry, w końcu ocean niedaleko, rzeka, owoce morza, ryby – czyż nie? No dobra. To może coś innego? Francesinha! Co to jest? To jest coś, co moje podniebienie uznało za rozmemłaną pajdę czegoś, utopioną w czymś i otoczoną rozmoczonym wspomnieniem po frytkach, a na to wszystko ser żółty. Fuj!
Na szczęście nie jesteśmy “foodies”. Trochę się wkurzyliśmy na tą ośmiornicę, co gumowa była, ale wino wynagrodziło nam smutki.

Trzeba przyznać, że picie Porto w Porto nad rzeką Duoro ma coś w sobie i już.

No Comments

Post A Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.