Kolorowa wioska San Lorenzo Zincantán i pełna tradycyjnych obrzędów wioska San Juan Chamula

Obowiązkowym punktem podróży po Chiapas są tradycyjne wioski Majów Tzozil. Tam można zagłębić się w ich świat, troszkę skomercjalizowany, ale cały czas prawdziwy i resztką sił przez nich pielęgnowany. Autentyzm czuć w ich obrzędach, w strojach i w biedzie, która u nich jest kolorowa i ma duże, czarne, lśniące oczy.

Trzeci dzień w San Cristobal de las Casas mieliśmy zaplanowany równie dobrze jak poprzedni. Wykupiliśmy wycieczkę po wioskach Majów. Mieliśmy dużo szczęścia, bo oprowadzał nas po nich anglojęzyczny indianin, wprawdzie Aztek, ale dokładnie znający obrzędy, wierzenia i zwyczaje mieszkańców. Dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy, których sami byśmy nie odkryli. Zobacz więcej zdjęć.

ZINACANTAN

W pierwszej kolejności dotarliśmy do wioski Zincantan oddalonej o 12 km. od San Cristobal, a specjalizującej się w hodowli i eksporcie kwiatów. Na pierwszy rzut oka nie było w niej nic szczególnego, ale wystarczyło się dobrze przyjrzeć i zajrzeć za ściany jednego z domów, aby przekonać się jak niezwykłe jest życie ludzi w tym miejscu. Otoczenie wioski jest bardzo malownicze, bo ze wszystkich stron podziwiać można zielone, wysokie wzgórza z sosnowymi, pachnącymi lasami. Na mnie ogromne wrażenie zrobiły kolorowe, kwieciste stroje kobiet, w których gotują, tkają, piorą. Robią w tych strojach wszystko. Są ręcznie haftowane i noszą je zarówno dziewczynki jak i babcie. Widać, że ubiór dla indian znaczy bardzo wiele. W zależności od tego do jakiej społeczności się należy, w zależności od wielkości majątku, stanu matrymonialnego i wieku, stroje różnią się krojem, kolorem, haftem.

Oprócz podziwiania przechadzających się po wiosce indian, mieliśmy okazję wejść do domu jednej ze społeczności kobiet i przyjrzeć się jak wygląda ich codzienne życie. Było to 6 rozwódek, których mężowie nadużywali alkoholu i dlatego zdecydowały się rozwieźć (tak, mogą) i żyć razem we wspólnym domu. Każda z nich miała co najmniej jedno dziecko, a zarabiały sprzedając tkane i haftowane przez siebie materiały. Małżeństwa majańskie zawierane są nadal bardzo wcześnie (14-16 lat) i wciąż jest to układ pomiędzy rodzinami, nieczęsto zawierany z miłości.

Wewnątrz domu podziwiać można było kapliczkę, która była ciekawym połączeniem wierzeń majów i chrześcijan ( wymieszanie religii jest wynikiem nacisków kolonizatorów), wypchaną po brzegi symbolami jednej i drugiej wiary. W kolejnym pomieszczeniu była kuchnia, gdzie mieliśmy okazję spróbować najlepszych, tradycyjnie przyrządzanych tortilli. Odwiedziny w domu społeczności zakończyliśmy toastem alkoholem wyrabianym z trzciny cukrowej – tzw. Posh, który powinien mieć 60% alkoholu ( nie miał, żeby turysty się nie popiły w taki upał). Zobacz więcej zdjęć

San Juan Chamula

To miejsce jest bezsprzecznie obowiązkowe. Mimo wielu mieszkańców wygnanych z powodu przejścia na protestantyzm i żyjących w slamsach na obrzeżach San Cristobal, przetrwało tu wiele prastarych tradycji. Niesamowity jest już sam wjazd do miasteczka. Przy wjeździe stoi spalony kościół, nigdy nie odbudowany (nazywany bad luck church), przed którym znajduje się cmentarz – niezwykły cmentarz. Wygląda jakby był opuszczony i zapomniany, a jednak cały czas chowani są tu mieszkańcy wsi. Wszędzie widać krzyże w paru kolorach, a każdy kolor oznacza co innego (kobieta, mężczyzna, dziecko, dorosły). Można dostrzec groby, gdzie wetkniętych jest parę krzyży, co oznacza, że pochowano tu paru członków rodziny. O takim stanie rzeczy decyduje oczywiście za życia głowa rodziny. Zmarły chowany jest z przedmiotami ważnymi dla siebie, a co ważniejsi w wiosce z własnym psem, który ma spełniać rolę przewodnika po śmierci, dlatego wielu mieszkańców dba o to, aby psa za życia mieć.

Wjeżdżając dalej do miasteczka jest coraz bardziej ciekawie. Widać przechadzające się grupy obrzędujących indian z kadzidłami. Grupa taka ma ściśle określoną hierarchię, na której czele stoi najbardziej wpływowy członek ubrany w skórę białego bądź czarnego barana, co zdradza jego wysoki status. Przewodnik ostrzegł nas przed robieniem zdjęć mieszkańcom wsi – podobno nie wolno.

Miasteczko zbudowano wokół kościoła, który wybudowano wzamian za spalony kościół. Ledwo dojechaliśmy do placu, na którym on stoi, ledwo otworzyły się drzwi busa, a już kilkanaście par czarnych, lśniących oczu i wyciągniętych małych rączek nas osaczyło prosząc o kupowanie długopisów, bransoletek i kolorowych pasków. Co ciekawe nasza narodowość została odrazu rozszyfrowana przez jedną urodziwą dziewczynkę, która zauroczyła Michała i kupił od niej obleśny długopis z napisem MEXICO. Nie zdążyliśmy przejść paru metrów, a już mieliśmy jeden pasek, cztery bransoletki i długopis (powód: ” no, bo on/ona tak patrzy”).

Gdy wreszcie udało nam się oswobodzić ze szponów tych bezlitosnych, grających na sumieniu z wirtuozerią Mozarta dzieciaków, stanęliśmy przed drzwiami 200-letniego kościoła Iglesia de San Juan Bautista. To nie są byle jakie drzwi, bo wprowadzają do innego świata. Pierwszy raz czuliśmy się tak dziwnie. W środku panuje niesamowity nastrój okraszony zapachem igliwia i świec. Całe wnętrze tonie w półmroku. Przestrzeń oświetlają świece, które jednocześnie tworzą chmury dymu nad modlącymi się grupkami ludzi. Nad ołtarzem umieszczono figurę świętego Jana, patrona wioski. Przy ścianach stoją gabloty z figurami świętych otoczonych przez dary z tkanin, jedzenia i luster. Na środku i po bokach można było zobaczyć jak całe rodziny w obecności kapłana lub bez przeżywają swoje rytuały i obrzędy, które są połączeniem wierzeń Majów i Chrześcijan. Zapalają świece ( ilość świec zależna jest od wagi problemu czy choroby), piją posh, colę ( tak colę, bo indianie wierzą, że cola wypędza złe duchy, może wraz z bekaniem po gazie), składają ofiarę z kury bądź koguta, na którego wcześniej przerzucają wszelkie choroby i troski. Widok tych rytuałów robi duże wrażenie, bo zewsząd słychać modły, szepty, swoiste śpiewy. Kościół otwarty jest całą dobę, nie ma w nim księży, o uzdrowienie można modlić się przez 24 godziny. Po 19 zamykany jest dla zwiedzających.

Po odwiedzinach w kościele, warto zerknąć na harce głów społeczności w owczych kamizelkach, którzy po odbyciu obrzędów dopijają posh i tańczą przed kościołem w asyście grajków.

Wycieczka trwała pół dnia, a drugie pół spędziliśmy na spacerze po San Cristobal i planowaniu następnego dnia. Zobacz więcej zdjęć